Polska dzielnicowa
O polskim winiarstwie, ustawach, szczepach, regionach istniejących i potencjalnych oraz wnioskach płynących z II Konwentu Polskich Winiarzy z Markiem Jaroszem, wiceprezesem Polskiego Instytutu Winorośli i Wina, rozmawia...
Mariusz Kapczyński
Magazyn WINO:
9 czerwca w Zielonej Górze odbył się II Konwent Polskich Winiarzy. Jak Pan ocenia to wydarzenie?
Marek Jarosz: Bardzo dobrze. Znacząco wzrasta liczba uczestników. W porównaniu z poprzednim konwentem do Zielonej Góry przyjechało niemal dwa razy więcej winiarzy. Na duchu podnosi także jakość zaprezentowanych win. O ile w czasie I Konwentu w 2006 r. komisja używać musiała wielu eufemizmów, by nie urazić początkujących winiarzy, o tyle w Zielonej Górze pojawiło się wiele win zasługujących na prawdziwe uznanie. Warto jednak zaznaczyć, że w naszych spotkaniach nie chodzi o krytykowanie - na obiektywne oceny przyjdzie jeszcze czas - ale o porady, rozwiązywanie problemów, porozumienie i wzajemne korzyści, jakie płyną ze wspólnego debatowania przy winie. Cieszy mnie - i to chcę szczególnie podkreślić - wspaniała integracja środowiska.To wszak jedno z zamierzeń naszego Instytutu. Trzeba uniknąć sytuacji, gdy jeszcze nie ma wina, a już powstają dziesiątki winiarskich stowarzyszeń, nie ma winnic, a projektuje się winiarskie szlaki...
Wracając do Konwentu - trzeba zaznaczyć, że wszystkich uczestników na pewno urzekła Zielona Góra - piękne miejsce ze wspaniałymi winiarskimi tradycjami. Pomysł, by tutaj zorganizować druga edycję Konwentu, był znakomity.
Polski Instytut Winorośli i Wina powstał w 2003 r. Co przez te lata udało się zrobić i jakie są najbliższe plany?
Konsekwentnie realizujemy cele statutowe i zadania szkoleniowe. To są zadania na całe lata. Chcemy wykształcić wszystkich chętnych do uprawy winorośli - temu służą programy Małopolskie Winnice i Podkarpackie Winnice. Prowadzimy także szkolenia na zlecenie Centralnego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Brwinowie, które otrzymało europejski grant na tego typu szkolenia. Program nosi nazwę "Alternatywne kierunki produkcji roślinnej" i uwzględnia uprawę winorośli. To akcja zakrojona na całą Polskę. Poza tym w działalność Instytutu wpisane są działania lobbingowe i uregulowanie ustaw okołowiniarskich. I to właśnie kwestia tych ustaw spędza wszystkim sen z powiek - zamiast szkolić ludzi, musimy zajmować się rzeczami fundamentalnymi. Ale mam nadzieję, że w tym roku uda się te sprawy definitywnie domknąć. Wszyscy na to czekają.
Czy mógłby Pan krótko przybliżyć projekty Podkarpackie i Małopolskie Winnice?
Autorami projektu Podkarpackie Winnic są Wojciech Bosak i Roman Myśliwiec. Pomysłem propagowania wiedzy enologicznej i restrukturyzacji małych gospodarstw rolnych udało się zainteresować Małopolską Agencję Rozwoju Regionalnego. Oczekiwaliśmy 30 chętnych uczestników, a do programu zgłosiło się 180! Postawiliśmy wymóg formalny - zagospodarowanie 10 arów pod winorośl w ciągu najbliższych 3 lat. Obydwa projekty składają się ze szkoleń teoretycznych i praktycznych - w ramach tych ostatnich odwiedzaliśmy winnice węgierskie, szkoły winiarskie Silberberg w Styrii i Klosterneuburg koło Wiednia. Jako Instytut staramy się monitorować późniejszą winiarską działalność naszych słuchaczy. Projekt Małopolskie Winnice zasługuje na rozszerzenie. Winiarstwo powinno być wpisane na stałe w strategię rozwoju odpowiednich do tego regionów - zwłaszcza Małopolski. Naprawdę mamy gdzie robić wino.
Chętnych do zakładania winnic nie brakuje, ale wielu zniechęcają przepisy. Ustawa winiarska to największa bolączka. Jaki jest aktualny stan tej sprawy?
Do tej pory największą przeszkodą hamującą rozwój naszego winiarstwa była ustawa akcyzowa. Jest nadzieja, że nowy projekt rządowy, zakładający zwolnienie małych producentów wina z absurdalnego wymogu prowadzenia składu podatkowego, zostanie szybko uchwalony przez Sejm. Jako następny krok marzy mi się po prostu dobra ustawa winiarska. Proszę pamiętać, że Polska jej jeszcze nie posiada. Chodzi mi tu o porządną, osobną regulację prawną dotyczącej produkcji wina, a nie paru mizernych artykułów ukrytych w gąszczu ustawy dotyczącej napojów z winem nie mających nic wspólnego. Potrzebujemy czegoś prostego, zwięzłego i konkretnego w treści, będącego bardziej poradnikiem, niż suchym wyliczeniem przepisów. Dobrym wzorcem mogłaby być tutaj Anglia. Z kluczowych regulacji prawnych brakuje nam jeszcze ustawy o oznaczeniach geograficznych. Prace nad nią są już właściwie na ukończeniu, ale mamy tu kolejny przykład prawnego absurdu: ministerstwo nie zgłasza ustawy do prac legislacyjnych, bo nie ma producentów wina, a producentów nie ma między innymi dlatego, że brakuje ustawy.
Istnieje równie gotowy poselski projekt ustawy z maja 2007 r., który reguluje wiele spraw, poprawia dotychczasowe błędy i uchyla absurdalne przepisy. Wielość instytucji, które stają na drodze polskiego winiarza, przyprawia o zawrót głowy. Jeśli chodzi o działalność urzędów celnych czy skarbowych, można mówić o swoistej "Polsce dzielnicowej". Każde "księstwo" interpretuje przepisy jakchce, nierzadko sprzecznie. Urzędnicy nie znają prawa, nie ma procedur dotyczących produkcji wina, więc wybierają drogę dla nich najłatwiejszą - mnożą i gmatwają wymogi, a w konsekwencji utrudniają winiarzom życie i zniechęcają ich. Kto oprze utrzymanie własne i rodziny na produkcji wina, gdy w każdej chwili można zostać zniszczonym z powodu niewiedzy lub złej woli urzędników? Starałem się kiedyś policzyć instytucje mające prawo kontrolować działalność winiarską, z wszystkimi uprawnieniami - z nakładaniem kar oraz zakazywaniem działalności włącznie. Spasowałem przy sześciu...
Czas przed wstąpieniem Polski do UE został zmarnowany na formalne przepychanki i bezsensowne działania (lub ich brak) naszych ministerstw. A na przykład Czesi bardzo dobrze wykorzystali ten moment - znieśli akcyzę, rozpoczęli nasadzenia, odświeżyli tę gałąź rolnictwa. U nas Ministerstwo Finansów i - co szczególnie dziwi - Ministerstwo Rolnictwa zachowują się tak, jakby nie widziały tu żadnej szansy i nie traktują sprawy priorytetowo. Żaden dotychczasowy minister rolnictwa nie miał choćby bladego pojęcia o tym, jak ważną dziedziną działalności może być winiarstwo. A przecież winiarstwo to atrakcyjna metoda restrukturyzacji rolnictwa. Wyobraźmy sobie, gdyby w takich krajach jak Niemcy, Włochy, Francja czy Hiszpania zlikwidowano nagle winiarstwo przez wprowadzenie obecnego polskiego ustawodawstwa.
A czas goni...
No właśnie. Teoretycznie mamy czas do 2012 r., ale może się okazać, że jest go znacznie mniej. Staramy się wskoczyć do pośpiesznego pociągu winiarskiego i możemy się przy tym mocno połamać, dlatego trzeba to zrobić rozważnie i ostrożnie. Możemy dojechać do bardzo pięknej stacji, ale proszę pamiętać, że nie wszystkim pasażerom nasze towarzystwo jest na rękę. Dopóki jesteśmy mikroskopijnym producentem wina, wszystko jest w porządku. Ale wiele krajów winiarskich nie chce, byśmy sadzili jak najwięcej winorośli i produkowali jak najwięcej własnego wina. Proszę pamiętać o panujących w świecie nadwyżkach produkcji wina - trzeba przecież gdzieś je sprzedać. Nie jest chyba też tajemnicą, że największe polskie winiarskie przedsięwzięcia wspierane są przez zachodni kapitał. Mam również sygnały o planach zakupu dużych areałów pod winnice przez zachodnich inwestorów. Na tym tle stawianie wszelkich możliwych formalnych przeszkód rolnikom, z ich skromnymi przecież przedsięwzięciami, zakrawa na ironię.
Jak w meandrach tej winiarskiej materii orientują się ludzie rozpoczynający produkcję wina?
Dla kompetentnego rolnika-sadownika samo winogrodnictwo jest stosunkowo łatwe do opanowania. Oprócz powyższych kłopotów biurokratycznych problemem jest tu jednak brak znajomości win i właściwego punktu odniesienia. Co poradzić, gdy gust kształtują zrobione przez nich wcześniej na drożdżach piekarskich, przypadkowe wina? Niestety, zasmakowały u cioci na imieninach i to one dały bodziec do dalszej produkcji... A winiarz musi być wykształcony, wiedzieć co znaczy dobre wino. Chodzi o to, by potrafił zrobić wino autorskie. Póki co ambitni winiarze rzucają się na odmiany skrajnie trudne, sadzą co się da, a problem pogłębia brak placówek, które mogłyby tu doradzać. Nierzadko winnice powstają w oparciu o porady rozmaitych internetowych mędrków. Kto z nich zdaje sobie sprawę, że na rzetelne sprawdzenie winorośli w danych warunkach potrzeba co najmniej kilkunastu lat?
Cały czas weryfikujemy odmiany najlepsze dla Polski.
Oczywiście, proszę zwrócić uwagę, że I Konwent Polskich Winiarzy objawił nam przede wszystkim możliwości szczepu rondo, II Konwent pokazał z kolei potencjał seyval blanc, bianki, hibernala czy sibery. To się cały czas zmienia. W przyszłym roku mogą pojawić się inne przyjemne niespodzianki. Mamy co prawda eksperymenty, np. z pinot noir, ale one na razie mogą raczej tylko martwić. Nie radziłbym póki co sadzenia znanych na całym świecie czołowych odmian. Sam kilkanaście lat walczyłem z pinot noir i może dwa razy udało mi się zrobić z niego pijalne wino. Eksperymentowanie na skrajnie trudnym materiale może tylko przyszłego winiarza zniechęcić. Pouczmy się najpierw. To wymaga czasu.
A co z sadzonkami i sprzętem, w który chcą się zaopatrzyć adepci winiarstwa?
Nie ma już większych kłopotów, by zaopatrzyć się w sadzonki czy skompletować sprzęt do winiarni. W internecie oferta jest przebogata, są firmy z Niemiec, Austrii, Czech, Węgier oferujące szeroki wybór sprzętu czy środków chemicznych. Mamy też już własnych importerów. Z tej bogatej oferty trzeba jednak umiejętnie korzystać.
Kim są ludzi pojawiający się na szkoleniach?
To bogata paleta ludzi. Doświadczenia pokazują, że na świecie sukcesy w winiarstwie odnosili ludzie niekoniecznie z branżą związani od pokoleń, na przykład filmowcy, architekci. Wino od zawsze przyciągało bardzo różnych ludzi. W naszej bazie danych są m.in. filozof, ceramik, górnik, zootechnik, położna, muzyk, agent celny, kucharz, informatyk czy konserwator zabytków. Ważną, choć trochę "niebezpieczną" grupę stanowią nawiedzeni działkowcy, którzy pasjonują się egzotycznymi odmianami winorośli i sadzą po dwa krzaki w przydomowych ogródkach. Z ich działalności wynika niewiele dobrego dla polskiego winiarstwa; z tych ogródkowych upraw powstaje wino na zasadzie "zobaczymy, co tym razem wyjdzie".
Miejsc na nowe nasadzenia na południu kraju raczej nie brakuje.
Oczywiście, że nie. Według moich wyliczeń potencjalny areał samych najlepszych lokalizacji w Małopolsce to mniej więcej tyle, ile mają dziś całe Czechy. Paradoksem jest, że prawdziwi pasjonaci zakładają winnice tam, gdzie nie powinny one powstać, na złych stanowiskach, zaś ludzie, którzy mają wręcz znakomite miejsca, nierzadko marnują je sadząc drzewa owocowe czy wręcz skazując cenne areały na leżenie ugorem. Niszczą też południowe zbocza złymi, przypadkowymi nasadzeniami lub (o zgrozo!) już zupełnie bezmyślnym zalesianiem. W Małopolsce mamy wiele pięknych nieużytków, że wspomnę tu tylko Dolinę Raby czy Pogórze Wielickie. To olbrzymi potencjał.
Mimo rozmaitych przeciwności winiarski duch w narodzie nie ginie.
W tej chwili trzeba mieć duszę prawdziwego pioniera, żeby się za wino w Polsce zabrać, ale na szczęście zapaleńców nam nie brakuje. Dzięki nim przywrócone mogą zostać wspaniałe tradycje, a nawet zawody - mam tu na myśli np. bednarzy, którzy niemal całkowicie z rynku zniknęli. Wszystko opiera się na ludziach, ich zapale, pasji. Bez nich niewiele by się zmieniło. Wszyscy przecież wiemy, że dzięki wytrwałej działalności Romana Myśliwca Podkarpacie winiarsko ożyło i pojawili się ludzie, którzy już osiągają dobre efekty. Potrafią nie tylko zadbać o winnicę, ale przygotować estetyczne etykiety na butelki, nadać winu właściwą oprawę. Takich prawdziwe udanych, wypracowanych win jest coraz więcej. Mieliśmy na to znakomite przykłady podczas Konwentu.